Znalezione zdjęcia dla 27.10 part:
Brak.
Znalezione filmy dla 27.10 part:
Brak.
Górska Kopuła
Szczyt jeszcze daleko. Wody brakuje, a szkoda… Nogi pną się pod górę. Palce przybrały kilka mrówczanach kilogramów. Coraz ciężej się oddycha, coraz mniej widzi, coraz więcej myśli o powrocie do domu.
Stop. Kamieni jest zbyt dużo, są pokaźnych rozmiarów, było stromo, a tego nie lubiła najbardziej. Po chwili idzie dalej, dostrzega, że prócz kopuły, ktoś na nią czeka. Postura przypominała…Nie, nikogo.
Dyszy, jęczy, mruczy cos pod nosem. Ale nie poddaje się, nie może. Co szczyt ,by na to powiedział?
Zadarła lewe kolano. Cholerne, górskie głazy. Może i widoki są piękne, ale cena bajkowych krajobrazów, nie sięgała najdroższym szpilkom w mieście. Kręte szlaki z daleka eksponowały niecodzienny artyzm.
Doszła. Teraz pozostało tylko dostać się do kopuły, i co najważniejsze, do tajemniczej postaci.
Był to mężczyzna bez twarzy, z dzieckiem na ręku. Buziuchna niemowlęcia przypominała dojrzałą śliwkę. Dziecinny fiolet uderzał intensywnością.
Marta podeszła bliżej. Wyciągnęła rękę i dotknęła kolorowego czółka. Szybko oddaliła dłoń, czując zmrożone, maleńkie ciało.
Istotka umarła. Być może za długo czekała na.. właśnie, dlaczego to dziecko tam było?
Kiedy przerażona nastolatka chciała zapytać, skąd wziął się tutaj ten bobas, mężczyzna bez fizjonomii, wyrzucił dziecko za siebie, po czym sam rozpryskał się, pozostawiając litry żółtego płynu.
Zdezorientowana Marta chciała wracać, ale nie miała możliwości, jakkolwiek się poruszyć.
Zdrętwiały ręce, odmówiły posłuszeństwa nogi. Pragnęła krzyczeć, ale zaklinowane zostały również bezbarwne wargi.
Usłyszała tylko specyficzne słowa, wypowiedziane przez górskie echo:”moreris vivendo”
Nauczyciel siedział tuz obok łózka dziewczyny. Spoglądał na przymknięte powieki, kontrolował jej oddech, napawał się też kruczoczarna barwą, rozczochranych kędziorów.
Obserwował długo, a przy tym polemizował z mimiką. . Pokazać wesołe dołeczki, czy nie..
Zdecydował, że wzbroni się od przeczącej decyzji,. Tymczasem widok śpiącej nastolatki zamazały delikatne ruchy, przymrużone oczy, aż wreszcie zdanie pytające, które dotyczyło ówczesnej godziny.
- Proszę pana…Co oznacza „Moreris vivendo”? To, po łacińsku?
- Owszem, ale nie pamiętam, dokładnie tego języka. A dlaczego o to pytasz?
- Miałam dziwny sen. Byłam w górach. Wspinałam się na szczyt, a gdy wreszcie tego dokonałam ujrzałam mężczyznę. Ale to nie był zwykły facet. Nie miał twarzy, nie miał skóry, ale był. Rozumie pan? Co więcej, trzymał w ramionach zsiniałe niemowlę, kiedy spytałam, nie pamiętam już o co, wyrzucił dziecko…
- Zaparzę herbatę. – zadeklarował pamiętnik w postaci pedagoga.
Szczyt jeszcze daleko. Wody brakuje, a szkoda… Nogi pną się pod górę. Palce przybrały kilka mrówczanach kilogramów. Coraz ciężej się oddycha, coraz mniej widzi, coraz więcej myśli o powrocie do domu.
Stop. Kamieni jest zbyt dużo, są pokaźnych rozmiarów, było stromo, a tego nie lubiła najbardziej. Po chwili idzie dalej, dostrzega, że prócz kopuły, ktoś na nią czeka. Postura przypominała…Nie, nikogo.
Dyszy, jęczy, mruczy cos pod nosem. Ale nie poddaje się, nie może. Co szczyt ,by na to powiedział?
Zadarła lewe kolano. Cholerne, górskie głazy. Może i widoki są piękne, ale cena bajkowych krajobrazów, nie sięgała najdroższym szpilkom w mieście. Kręte szlaki z daleka eksponowały niecodzienny artyzm.
Doszła. Teraz pozostało tylko dostać się do kopuły, i co najważniejsze, do tajemniczej postaci.
Był to mężczyzna bez twarzy, z dzieckiem na ręku. Buziuchna niemowlęcia przypominała dojrzałą śliwkę. Dziecinny fiolet uderzał intensywnością.
Marta podeszła bliżej. Wyciągnęła rękę i dotknęła kolorowego czółka. Szybko oddaliła dłoń, czując zmrożone, maleńkie ciało.
Istotka umarła. Być może za długo czekała na.. właśnie, dlaczego to dziecko tam było?
Kiedy przerażona nastolatka chciała zapytać, skąd wziął się tutaj ten bobas, mężczyzna bez fizjonomii, wyrzucił dziecko za siebie, po czym sam rozpryskał się, pozostawiając litry żółtego płynu.
Zdezorientowana Marta chciała wracać, ale nie miała możliwości, jakkolwiek się poruszyć.
Zdrętwiały ręce, odmówiły posłuszeństwa nogi. Pragnęła krzyczeć, ale zaklinowane zostały również bezbarwne wargi.
Usłyszała tylko specyficzne słowa, wypowiedziane przez górskie echo:”moreris vivendo”
Nauczyciel siedział tuz obok łózka dziewczyny. Spoglądał na przymknięte powieki, kontrolował jej oddech, napawał się też kruczoczarna barwą, rozczochranych kędziorów.
Obserwował długo, a przy tym polemizował z mimiką. . Pokazać wesołe dołeczki, czy nie..
Zdecydował, że wzbroni się od przeczącej decyzji,. Tymczasem widok śpiącej nastolatki zamazały delikatne ruchy, przymrużone oczy, aż wreszcie zdanie pytające, które dotyczyło ówczesnej godziny.
- Proszę pana…Co oznacza „Moreris vivendo”? To, po łacińsku?
- Owszem, ale nie pamiętam, dokładnie tego języka. A dlaczego o to pytasz?
- Miałam dziwny sen. Byłam w górach. Wspinałam się na szczyt, a gdy wreszcie tego dokonałam ujrzałam mężczyznę. Ale to nie był zwykły facet. Nie miał twarzy, nie miał skóry, ale był. Rozumie pan? Co więcej, trzymał w ramionach zsiniałe niemowlę, kiedy spytałam, nie pamiętam już o co, wyrzucił dziecko…
- Zaparzę herbatę. – zadeklarował pamiętnik w postaci pedagoga.
Tagi:
27.10 part
15.08.2011 o godz. 22:38
komentuj (0)


