Znalezione zdjęcia dla 24.9 część :)):
Brak.
Znalezione filmy dla 24.9 część :)):
Brak.
Kaszel przyjaźni
Rozmowy dotyczyły każdego czynnika, każdej nie załatanej dziury. Wspólne śniadania mobilizowały do działania, obiady reklamowały wartość popołudnia, kolacje zaś podsumowały zmagania z życiową tułaczką. Było tak zawsze, bez względu na humory i kaprysy. Wszystko toczyło się wbrew wyszczególnionym zasadom. Dni mijały znacznie lepiej, a niżeli oboje przypuszczali. Każda sekunda ukazywała nową drobinkę wyjątkowości. Rozmowa o pogodzie przeradzała się w głębszą polemikę.
W szkole dziwnym trafem nikt nie zdołał zauważyć niczego specyficznego. Uczennica-dyrektor. Prosty, stereotypowy układ. Marta widziała w pedagogu, nie tylko wykształconego człowieka z sercem na dłoni, ale też znalazła w nim wsparcie i być może, nawet ojcowskie zrozumienie. Lina wzajemnej troski zawiązała mocniejszy supeł, wówczas gdy nastolatka potrzebowała dozgonnej opieki.
Głowa pulsowała z szybkością najsilniejszego, wrocławskiego wiatru. Oczy wydzielały bezbarwny śluz, niewiadomo z jakich powodów. Kręgosłup poturbowany przez „pana na literę L”, do tego ironiczne mrowienie. Nie należy zapominać też o wyuzdanych dreszczach…
- Źle wyglądasz… - stwierdził domowy internista, pod postacią dyrektora.
- Przepraszam, ale pójdę się położyć. – zrezygnowanym tonem, odparła Marta.
I nagle nos zarekwirował kilkanaście litrów wodnej (nie)przyjemności. Z gracją przywitał się hałas, spowodowany notorycznym kasłaniem.
Lniana piżama przeszkadzała, termometr irytował.. Tylko dojrzała dłoń. wspierająca rozpalone czoło, obdarowała mocą ukojenia. Wiedźmy w postaci małych pastylek rozczuliły swoją goryczą, biel rozchorowanego języka. Na nic nie zdały się pocieszania wody mineralnej, maleńkie kęsy zatwardziałych ciastek oraz synonimy najlepszych polskich seriali…
Konferansjerem został, niewątpliwie uczony wodzirej młodej damy. Dialogi przerywały krótkotrwałe ataki, wyrafinowanego przyjaciela każdej grypy. Mimo wszystko można było usłyszeć słodkie dźwięki piskliwego chichotu. W barwnych nastrojach nastał ich zmrok…
- Różnisz się od swoich koleżanek. – wyszeptał ze śmiałością mężczyzna.
- Nie, to przy panu jestem inna. Z nikim nigdy nie rozmawiałam w ten sposób. – wyznała blada istotka. Chciała jeszcze coś dodać, niestety chorobowy kompan znów o sobie przypomniał.
- Nic nie mów. Ja będę wygłaszał inspirujący monolog. Uwielbiam kiedy ktoś mnie słucha, zwłaszcza, jeżeli to ktoś inteligentny.
I tym stwierdzeniem przyprawił rozmówczynię o dwa ogromne, krwistoczerwone płaty, które w mgnieniu oka przykleiły się do chuderlawych policzków.
Dłoń nieprawnego opiekuna, sprawdzała obecność koniuszków palców młodej damy. Po chwili jednak zdezorientowany osobnik sięgnął bramy swojego zgrabnego ucha.
- Przepraszam, nie powinienem. – wyszeptał speszony dyrektor.
- Nie, nie, spokojnie.. – zareagowała Marta.
Harmonia to jednak tylko pobożne życzenie niektórych ludzi…
Tylko czekała, Nie łudziła się, że nie musi oczekiwać.
Tymczasem samotność irytowała ją coraz bardziej. Kiedy wróci? Na nogach, czy istnieje też inna, ta gorsza możliwość. Łzy goszczą nie tylko w oczach gospodyni, ale również na w okolicach ust, brody..
Nagle wejściowe drzwi walczyły z ludzkim pudłem sflaczałych doświadczeń.
Ukazał się. Czerwony, (dosłownie, nie w przenośni_ Rzeka buraczanego płynu powitała z uśmiechem, zatroskaną twarz kobiety.
- Znowu? – zapytała z wyrzutem.
Gwałtownym, aczkolwiek chwiejnym krokiem alkoholik zbliżył się, ku niej. I to nie dlatego, żeby zadać jej bolesny, może nawet śmiertelny cios. Tym razem zdejmował z siebie wszelkie ubrania. Zaczął pozbywać się dolnej części garderoby. Ręce zgniotły poobdzierane dżinsy, w późniejszym czasie, despota przyłożył swoją zalaną bieliznę, do nozdrzy kobiety. W odwecie szybko odwróciła głowę w prawą stronę, nie trwało to jednak długo.
- No, a teraz weź go… - wrzasnął żonaty kawaler.
- Nie! – spanikowała. Za późno. Usta przytłoczonej gospodyni pogrążone zostały w śmierdzącym transie. Czuła, że pośrodku warg dzieję się coś złego. Gorycz, odór. Nikczemnik tylko jęczał i popchnął głowę ślubnej nieco bliżej siebie. Amok próbował przerwać dźwięk telefonu. Przeciwnie. Aparat otrzymał nokaut ze strony lewej ręki marginesu społecznego.
Po wszystkim. Uśmiech i rozpacz. Nie trzeba długo zgadywać, co gościło na której z twarz.
Zamek błyskawiczny pamiętliwego rozporka, wcale nie zadziałał tak, jak to obiecywała nazwa. No ale cóż.
Wróćmy do codzienności.
Piwo, sen, gazeta.
Szmata, podłoga, podkrążone oczy.
Rozmowy dotyczyły każdego czynnika, każdej nie załatanej dziury. Wspólne śniadania mobilizowały do działania, obiady reklamowały wartość popołudnia, kolacje zaś podsumowały zmagania z życiową tułaczką. Było tak zawsze, bez względu na humory i kaprysy. Wszystko toczyło się wbrew wyszczególnionym zasadom. Dni mijały znacznie lepiej, a niżeli oboje przypuszczali. Każda sekunda ukazywała nową drobinkę wyjątkowości. Rozmowa o pogodzie przeradzała się w głębszą polemikę.
W szkole dziwnym trafem nikt nie zdołał zauważyć niczego specyficznego. Uczennica-dyrektor. Prosty, stereotypowy układ. Marta widziała w pedagogu, nie tylko wykształconego człowieka z sercem na dłoni, ale też znalazła w nim wsparcie i być może, nawet ojcowskie zrozumienie. Lina wzajemnej troski zawiązała mocniejszy supeł, wówczas gdy nastolatka potrzebowała dozgonnej opieki.
Głowa pulsowała z szybkością najsilniejszego, wrocławskiego wiatru. Oczy wydzielały bezbarwny śluz, niewiadomo z jakich powodów. Kręgosłup poturbowany przez „pana na literę L”, do tego ironiczne mrowienie. Nie należy zapominać też o wyuzdanych dreszczach…
- Źle wyglądasz… - stwierdził domowy internista, pod postacią dyrektora.
- Przepraszam, ale pójdę się położyć. – zrezygnowanym tonem, odparła Marta.
I nagle nos zarekwirował kilkanaście litrów wodnej (nie)przyjemności. Z gracją przywitał się hałas, spowodowany notorycznym kasłaniem.
Lniana piżama przeszkadzała, termometr irytował.. Tylko dojrzała dłoń. wspierająca rozpalone czoło, obdarowała mocą ukojenia. Wiedźmy w postaci małych pastylek rozczuliły swoją goryczą, biel rozchorowanego języka. Na nic nie zdały się pocieszania wody mineralnej, maleńkie kęsy zatwardziałych ciastek oraz synonimy najlepszych polskich seriali…
Konferansjerem został, niewątpliwie uczony wodzirej młodej damy. Dialogi przerywały krótkotrwałe ataki, wyrafinowanego przyjaciela każdej grypy. Mimo wszystko można było usłyszeć słodkie dźwięki piskliwego chichotu. W barwnych nastrojach nastał ich zmrok…
- Różnisz się od swoich koleżanek. – wyszeptał ze śmiałością mężczyzna.
- Nie, to przy panu jestem inna. Z nikim nigdy nie rozmawiałam w ten sposób. – wyznała blada istotka. Chciała jeszcze coś dodać, niestety chorobowy kompan znów o sobie przypomniał.
- Nic nie mów. Ja będę wygłaszał inspirujący monolog. Uwielbiam kiedy ktoś mnie słucha, zwłaszcza, jeżeli to ktoś inteligentny.
I tym stwierdzeniem przyprawił rozmówczynię o dwa ogromne, krwistoczerwone płaty, które w mgnieniu oka przykleiły się do chuderlawych policzków.
Dłoń nieprawnego opiekuna, sprawdzała obecność koniuszków palców młodej damy. Po chwili jednak zdezorientowany osobnik sięgnął bramy swojego zgrabnego ucha.
- Przepraszam, nie powinienem. – wyszeptał speszony dyrektor.
- Nie, nie, spokojnie.. – zareagowała Marta.
Harmonia to jednak tylko pobożne życzenie niektórych ludzi…
Tylko czekała, Nie łudziła się, że nie musi oczekiwać.
Tymczasem samotność irytowała ją coraz bardziej. Kiedy wróci? Na nogach, czy istnieje też inna, ta gorsza możliwość. Łzy goszczą nie tylko w oczach gospodyni, ale również na w okolicach ust, brody..
Nagle wejściowe drzwi walczyły z ludzkim pudłem sflaczałych doświadczeń.
Ukazał się. Czerwony, (dosłownie, nie w przenośni_ Rzeka buraczanego płynu powitała z uśmiechem, zatroskaną twarz kobiety.
- Znowu? – zapytała z wyrzutem.
Gwałtownym, aczkolwiek chwiejnym krokiem alkoholik zbliżył się, ku niej. I to nie dlatego, żeby zadać jej bolesny, może nawet śmiertelny cios. Tym razem zdejmował z siebie wszelkie ubrania. Zaczął pozbywać się dolnej części garderoby. Ręce zgniotły poobdzierane dżinsy, w późniejszym czasie, despota przyłożył swoją zalaną bieliznę, do nozdrzy kobiety. W odwecie szybko odwróciła głowę w prawą stronę, nie trwało to jednak długo.
- No, a teraz weź go… - wrzasnął żonaty kawaler.
- Nie! – spanikowała. Za późno. Usta przytłoczonej gospodyni pogrążone zostały w śmierdzącym transie. Czuła, że pośrodku warg dzieję się coś złego. Gorycz, odór. Nikczemnik tylko jęczał i popchnął głowę ślubnej nieco bliżej siebie. Amok próbował przerwać dźwięk telefonu. Przeciwnie. Aparat otrzymał nokaut ze strony lewej ręki marginesu społecznego.
Po wszystkim. Uśmiech i rozpacz. Nie trzeba długo zgadywać, co gościło na której z twarz.
Zamek błyskawiczny pamiętliwego rozporka, wcale nie zadziałał tak, jak to obiecywała nazwa. No ale cóż.
Wróćmy do codzienności.
Piwo, sen, gazeta.
Szmata, podłoga, podkrążone oczy.
Tagi:
24.9 część :))
12.08.2011 o godz. 15:16
komentuj (2)


