Znalezione zdjęcia dla 17.6 część opowiadania:
Brak.
Znalezione filmy dla 17.6 część opowiadania:
Brak.
Archaiczna lampa samotności
Nie, to nie była willa. Kabrioletu też zabrakło. Dach próbował za wszelką cenę pocałować chmury. Sąsiadami, dyrektorskiego domu okazały się dwie brzozy i kilkanaście krzaczków.
Drzwi budowli przypominały pomniejszone o cztery razy wrota gnieźnieńskie. Okna przyozdobione pastelowymi roletami. Płot utożsamiał się z niejedną parkową ławeczką. Wiejskie królestwo, miejskich marzeń.
Chwilę później znalazła się w wąskim korytarzu. Kolor ścian uderzał piorunującym spojrzeniem dojrzałej wiśni. Podłoga wypolerowana najdroższym produktem do tego przeznaczonym. Blask głębokiego brązu został rozpowszechniony dość adekwatnie.
Oczywiście widniało kilka obrazów na starannie obmalowanych ścianach. Jedno dzieło przedstawiało Paderewskiego, drugie Mickiewicza, trzecie dla odmiany krajobraz górski,.
Drzwi było sporo. Jedne z ogromną szybą w patetycznym obramowaniu, reszta z sosnowego drewna. Kuchnia zawsze wołała każdego gościa okazałym wejściem.
Uśmiech słało jej ogromne lustro, które prowadziło udane konwersacje z wieszakiem na ubrania. Wzrokiem wodziła też szafka, metalowa rączka zainteresowała się tak bardzo, że przez przypadek wypuściłaby magazyn zimowych butów dyrektora.
Marta wraz ze swoimi podróżnymi partnerami, weszła do jednego z pokoi.
Dziewczynę przywitała sofa, okrągły stoliczek i wiele innych pokaźnych atrybutów. Okno z widokiem na ulicę, czasem intrygującą, czasem aż zanadto szarawą.
Największa uwagę, czarnych oczu nastolatki przykuła lampa. Średniej wielkości, kolor wyblakły, ale mimo to magiczny. Skłaniał do refleksji, chociaż jak archaiczny przedmiot mógłby skłaniać do jakichkolwiek, głębszych przemyśleń?
Cóż, prędzej, czy później pokój musiał choć na chwilę pozostać w samotności.
Szklanka została szczerze obdarowana przez niewielki imbryczek. Doskonałym prezentem była niewątpliwie woda, która zafarbowała na kolor nieco złocisty. Kostki cukru przytulały do siebie posrebrzaną łyżeczkę. Przy stoliku zasiadał mężczyzna. Bez wąsa, aczkolwiek z kilkoma kędziorkami na owalnej twarzy. Wysoki, wzrost mimo pozycji nie stojącej pokazywał swoją niezłomną siłę. Kilogramy niezauważalne w większym stopniu.
Włosy czarne, ale z elementami nieuniknionej w tym wieku szarości. Dłonie zadbane, koniuszki palców uderzały o ścianki gorącego naczynia(nie krwionośnego). Oczy ciemne, lecz nieokreślone. Chyba na coś czekały.
Marta po dłuższym zastanowieniu, weszła w świat jeszcze nie do końca ubitej śmietanki towarzyskiej. Do wgłębienia się w klimat zachęcił ją gest dojrzałego dżentelmena.
Zaczęli rozmowę. Początkowo dość banalnie. Forma grzecznościowa opanowana przez obojgu do nieskazitelnej perfekcji.
I stało się. Pora sugerowała wszelkie wieczorne czynności. Marta powściągliwie pytała o możliwość kąpieli. Uzyskał bezwarunkowe zezwolenie. Porwała bladożółty ręcznik, mydło, które uciekało z dłoni pod wpływem letniej wody, szampon, niszczący przyczyny i skutki łupieżu.
Pognała w stronę dyrektorskiej łazienki. Śnieżnobiałym kafelkom towarzyszyła ogromna wanna, pokaźny prysznic i inne stereotypowe sprzęty. Chociaż porównując poprzednie warunki dziewczyny, nawet sedes zrobił na niej niemałe wrażenie.
Wody nie potrzebowała zbyt wiele. Wanna wypełniona była tylko na dnie. Piana z mydła przypominała zapach lawendowej piękności.
Tymczasem nauczyciel trzymał tuż przy prawym uchu, coś w rodzaju cienkiej i nowoczesnej cegły. Mówił do niej, konkretnie, bez zawiłych stwierdzeń.
- Będzie bezpieczna, niech się pani nie martwi….Musiałem do pani zatelefonować, sama pai rozumie…
- Dziękuję, ja nie mam siły wspierać małej. – można było usłyszeć tego rodzaju układ słów od nieznajomej kobiety.
Poza murami luksusowego gniazdka, pan na literę „L” gotował inne danie.
- Z kim rozmawiałaś? –zdołał wykrztusić z siebie zatwardziały głos, gburowatego mężczyzny.
- Nieważne. Odłóż ten kieliszek, dość na dzisiaj. – próbowała wybłagać kobieta.
Mały, szklany pojemnik na śmierdzący, przezroczysty napój, wylądował tuż przed oczami starej damy.
- Sprzątaj! Kazałaś marnować to przyprowadź miotłę. No, już cię tu nie ma stara(samico psa)!
- Zaraz…
Nogi sflaczałego alkoholika przyprowadziły swój ciężar ciała, bliżej przestraszonej gospodyni.
I trudno. Kolejne wrzaski, targania za rozrzedzone włosy, sarkastyczne deminutiva...Prawy but oprawcy próbował wylądować tuz przy czole pokrzywdzonej. Pierwsze zmagania nie udane, drugie owszem. Ból, rozpacz. Spuchnięte łapki olbrzyma, rozgniatały szyję kobiety.
Przestał.
- No nie becz już, bo seria będzie do powtórki. Jak mówię już, to nie odpowiadaj głupio zaraz, tylko leć z krzykiem: ”Teraz”.- skomentował dzielny rycerzyk na czarnym koniu.
- Dobrze, kochanie. – odpowiedziała krótkowłosa księżniczka
Nie, to nie była willa. Kabrioletu też zabrakło. Dach próbował za wszelką cenę pocałować chmury. Sąsiadami, dyrektorskiego domu okazały się dwie brzozy i kilkanaście krzaczków.
Drzwi budowli przypominały pomniejszone o cztery razy wrota gnieźnieńskie. Okna przyozdobione pastelowymi roletami. Płot utożsamiał się z niejedną parkową ławeczką. Wiejskie królestwo, miejskich marzeń.
Chwilę później znalazła się w wąskim korytarzu. Kolor ścian uderzał piorunującym spojrzeniem dojrzałej wiśni. Podłoga wypolerowana najdroższym produktem do tego przeznaczonym. Blask głębokiego brązu został rozpowszechniony dość adekwatnie.
Oczywiście widniało kilka obrazów na starannie obmalowanych ścianach. Jedno dzieło przedstawiało Paderewskiego, drugie Mickiewicza, trzecie dla odmiany krajobraz górski,.
Drzwi było sporo. Jedne z ogromną szybą w patetycznym obramowaniu, reszta z sosnowego drewna. Kuchnia zawsze wołała każdego gościa okazałym wejściem.
Uśmiech słało jej ogromne lustro, które prowadziło udane konwersacje z wieszakiem na ubrania. Wzrokiem wodziła też szafka, metalowa rączka zainteresowała się tak bardzo, że przez przypadek wypuściłaby magazyn zimowych butów dyrektora.
Marta wraz ze swoimi podróżnymi partnerami, weszła do jednego z pokoi.
Dziewczynę przywitała sofa, okrągły stoliczek i wiele innych pokaźnych atrybutów. Okno z widokiem na ulicę, czasem intrygującą, czasem aż zanadto szarawą.
Największa uwagę, czarnych oczu nastolatki przykuła lampa. Średniej wielkości, kolor wyblakły, ale mimo to magiczny. Skłaniał do refleksji, chociaż jak archaiczny przedmiot mógłby skłaniać do jakichkolwiek, głębszych przemyśleń?
Cóż, prędzej, czy później pokój musiał choć na chwilę pozostać w samotności.
Szklanka została szczerze obdarowana przez niewielki imbryczek. Doskonałym prezentem była niewątpliwie woda, która zafarbowała na kolor nieco złocisty. Kostki cukru przytulały do siebie posrebrzaną łyżeczkę. Przy stoliku zasiadał mężczyzna. Bez wąsa, aczkolwiek z kilkoma kędziorkami na owalnej twarzy. Wysoki, wzrost mimo pozycji nie stojącej pokazywał swoją niezłomną siłę. Kilogramy niezauważalne w większym stopniu.
Włosy czarne, ale z elementami nieuniknionej w tym wieku szarości. Dłonie zadbane, koniuszki palców uderzały o ścianki gorącego naczynia(nie krwionośnego). Oczy ciemne, lecz nieokreślone. Chyba na coś czekały.
Marta po dłuższym zastanowieniu, weszła w świat jeszcze nie do końca ubitej śmietanki towarzyskiej. Do wgłębienia się w klimat zachęcił ją gest dojrzałego dżentelmena.
Zaczęli rozmowę. Początkowo dość banalnie. Forma grzecznościowa opanowana przez obojgu do nieskazitelnej perfekcji.
I stało się. Pora sugerowała wszelkie wieczorne czynności. Marta powściągliwie pytała o możliwość kąpieli. Uzyskał bezwarunkowe zezwolenie. Porwała bladożółty ręcznik, mydło, które uciekało z dłoni pod wpływem letniej wody, szampon, niszczący przyczyny i skutki łupieżu.
Pognała w stronę dyrektorskiej łazienki. Śnieżnobiałym kafelkom towarzyszyła ogromna wanna, pokaźny prysznic i inne stereotypowe sprzęty. Chociaż porównując poprzednie warunki dziewczyny, nawet sedes zrobił na niej niemałe wrażenie.
Wody nie potrzebowała zbyt wiele. Wanna wypełniona była tylko na dnie. Piana z mydła przypominała zapach lawendowej piękności.
Tymczasem nauczyciel trzymał tuż przy prawym uchu, coś w rodzaju cienkiej i nowoczesnej cegły. Mówił do niej, konkretnie, bez zawiłych stwierdzeń.
- Będzie bezpieczna, niech się pani nie martwi….Musiałem do pani zatelefonować, sama pai rozumie…
- Dziękuję, ja nie mam siły wspierać małej. – można było usłyszeć tego rodzaju układ słów od nieznajomej kobiety.
Poza murami luksusowego gniazdka, pan na literę „L” gotował inne danie.
- Z kim rozmawiałaś? –zdołał wykrztusić z siebie zatwardziały głos, gburowatego mężczyzny.
- Nieważne. Odłóż ten kieliszek, dość na dzisiaj. – próbowała wybłagać kobieta.
Mały, szklany pojemnik na śmierdzący, przezroczysty napój, wylądował tuż przed oczami starej damy.
- Sprzątaj! Kazałaś marnować to przyprowadź miotłę. No, już cię tu nie ma stara(samico psa)!
- Zaraz…
Nogi sflaczałego alkoholika przyprowadziły swój ciężar ciała, bliżej przestraszonej gospodyni.
I trudno. Kolejne wrzaski, targania za rozrzedzone włosy, sarkastyczne deminutiva...Prawy but oprawcy próbował wylądować tuz przy czole pokrzywdzonej. Pierwsze zmagania nie udane, drugie owszem. Ból, rozpacz. Spuchnięte łapki olbrzyma, rozgniatały szyję kobiety.
Przestał.
- No nie becz już, bo seria będzie do powtórki. Jak mówię już, to nie odpowiadaj głupio zaraz, tylko leć z krzykiem: ”Teraz”.- skomentował dzielny rycerzyk na czarnym koniu.
- Dobrze, kochanie. – odpowiedziała krótkowłosa księżniczka
Tagi:
17.6 część opowiadania
02.08.2011 o godz. 15:03
komentuj (0)


