Znalezione zdjęcia dla 09. 3 część wypocinek :):
Brak.
Znalezione filmy dla 09. 3 część wypocinek :):
Brak.
Synonimy miłości
Paradoks lewego policzka przerodził się w krwistoczerwony powód do użycia brzoskwiniowej papki z przereklamowanego pudelka. Tym razem, ranek ucałował Martę kłębiastymi chmurami, wręczając piękne słoneczne promienie. Tylko w domowych zakamarkach ciągle huczało tornado. „Pani” zapowiadająca kolejne wichury, eksponowała przezroczystą wydzielinę spirytusu.
Otyła matuchna próbowała połknąć, chociaż jedną muchę, flakonik odoru w postaci ojca leżał flejtuchowato na pożółkłym fotelu. A dziewczyna w kucyku odeszła patrząc tylko pogardliwie.
Publiczne miejsce edukacji nie zachwyciło swoistym klimatem.
Krzesła służyły wszystkim do płaszczenia wypukłych zakończeń nóg, ławki dzielnie podtrzymywały zmęczone łokcie pilnych uczniów i nadgorliwych uczennic. Tablica zapisana do granic możliwości, gąbka jak zawsze wprawiała się w nieznane akty z bielutkim proszkiem, pochodzącym od milimetrowej kredy. Zegar szeptał uczniom, że drzwi sali nie otworzą się zgodnie z oczekiwaniami.
Paradoks funkcjonowania młodej damy polegał na tym, że sama nie wiedziała, dlaczego właśnie, ona urodziła się taką, a nie inną osobą. Dlaczego inni mają problemy z ojcem, który nie chciał zezwolić na małpią imprezę, a ona musi badać wzrokiem szklane przyjaciółki, zgrzybiałego tatusia.
Tego typu refleksje uśmiechały się do tejże istoty, co minutę. Albo uczestniczyła w dramacie, albo niezwłocznie uczyła się roli. Tylko kim był, ten wyspecjalizowany scenarzysta? Otóż pan na literę „L”, drwił sobie z każdego ruchu dziewczyny. Sarkastycznie dopingował ją, by nie zapomniała swojej kwestii. Ze scenopisem mógł zapoznać się tylko kierownik produkcji . Aktorzy improwizowali. Operator przymykał oczy na niedociągnięcia statystów, ale nie ingerował też w problemy z wymową głównego bohatera.
Marta wykazała się, nieco wyższym stopniem kreatywności, wybierając się na spacer.
Mimo, że termometry pokierowały rtęci bardziej w dół niż w górę,. chuderlawe nogi i tak z chęcią powędrowały wśród nieznajome obiekty.
Godziny niesfornego błąkania się po monitorowanym mieście minęły.
Powrót do domu obrazował mała oryginalność, tym razem mama asystowała przy ogromnym garnku wypełnionym, czymś w rodzaju zupy z sześćdziesięciu much. Ojczulek zlizywał kropelki mineralnego źródła strachu.
- Gdzie się szlajałaś, ty mała(samico psa)? – zapytał czule niekonwencjonalny tyranik.
Milczenie.
Podszedł, z lekkim krokiem zawahania. Oddychał powietrzem czystym, ale wypuszczał drobinki zapachu śmierci. Ona łykała je coraz szybszym tempem.
- Jesteś tłusta jak twoja matka, dlatego nic ci nie zrobię.
Kłamał. Uruchomił wszystkie moce zawarte w prawej dłoni. Ścisnął oba cieniutkie nadgarstki i patrzył…Szyderczy uśmiech, nagle…puścił. Teraz tylko uderzył w twarz latorośl i odszedł.
- Słodkich snów dla pani spod lampy. Na własnej piersi wykarmiłem, własnymi siłami urodziłem a ta się…
Bajkowy dzień minął, królewski wieczór odszedł w zapomnienie. Została tylko niebiańska noc…Oczy pociły się około ośmiu godzin, przemoczona poduszka błagała o wymienienie podeszwy, ale robiła to cicho, by nie nikogo nie zbudzić.
Paradoks lewego policzka przerodził się w krwistoczerwony powód do użycia brzoskwiniowej papki z przereklamowanego pudelka. Tym razem, ranek ucałował Martę kłębiastymi chmurami, wręczając piękne słoneczne promienie. Tylko w domowych zakamarkach ciągle huczało tornado. „Pani” zapowiadająca kolejne wichury, eksponowała przezroczystą wydzielinę spirytusu.
Otyła matuchna próbowała połknąć, chociaż jedną muchę, flakonik odoru w postaci ojca leżał flejtuchowato na pożółkłym fotelu. A dziewczyna w kucyku odeszła patrząc tylko pogardliwie.
Publiczne miejsce edukacji nie zachwyciło swoistym klimatem.
Krzesła służyły wszystkim do płaszczenia wypukłych zakończeń nóg, ławki dzielnie podtrzymywały zmęczone łokcie pilnych uczniów i nadgorliwych uczennic. Tablica zapisana do granic możliwości, gąbka jak zawsze wprawiała się w nieznane akty z bielutkim proszkiem, pochodzącym od milimetrowej kredy. Zegar szeptał uczniom, że drzwi sali nie otworzą się zgodnie z oczekiwaniami.
Paradoks funkcjonowania młodej damy polegał na tym, że sama nie wiedziała, dlaczego właśnie, ona urodziła się taką, a nie inną osobą. Dlaczego inni mają problemy z ojcem, który nie chciał zezwolić na małpią imprezę, a ona musi badać wzrokiem szklane przyjaciółki, zgrzybiałego tatusia.
Tego typu refleksje uśmiechały się do tejże istoty, co minutę. Albo uczestniczyła w dramacie, albo niezwłocznie uczyła się roli. Tylko kim był, ten wyspecjalizowany scenarzysta? Otóż pan na literę „L”, drwił sobie z każdego ruchu dziewczyny. Sarkastycznie dopingował ją, by nie zapomniała swojej kwestii. Ze scenopisem mógł zapoznać się tylko kierownik produkcji . Aktorzy improwizowali. Operator przymykał oczy na niedociągnięcia statystów, ale nie ingerował też w problemy z wymową głównego bohatera.
Marta wykazała się, nieco wyższym stopniem kreatywności, wybierając się na spacer.
Mimo, że termometry pokierowały rtęci bardziej w dół niż w górę,. chuderlawe nogi i tak z chęcią powędrowały wśród nieznajome obiekty.
Godziny niesfornego błąkania się po monitorowanym mieście minęły.
Powrót do domu obrazował mała oryginalność, tym razem mama asystowała przy ogromnym garnku wypełnionym, czymś w rodzaju zupy z sześćdziesięciu much. Ojczulek zlizywał kropelki mineralnego źródła strachu.
- Gdzie się szlajałaś, ty mała(samico psa)? – zapytał czule niekonwencjonalny tyranik.
Milczenie.
Podszedł, z lekkim krokiem zawahania. Oddychał powietrzem czystym, ale wypuszczał drobinki zapachu śmierci. Ona łykała je coraz szybszym tempem.
- Jesteś tłusta jak twoja matka, dlatego nic ci nie zrobię.
Kłamał. Uruchomił wszystkie moce zawarte w prawej dłoni. Ścisnął oba cieniutkie nadgarstki i patrzył…Szyderczy uśmiech, nagle…puścił. Teraz tylko uderzył w twarz latorośl i odszedł.
- Słodkich snów dla pani spod lampy. Na własnej piersi wykarmiłem, własnymi siłami urodziłem a ta się…
Bajkowy dzień minął, królewski wieczór odszedł w zapomnienie. Została tylko niebiańska noc…Oczy pociły się około ośmiu godzin, przemoczona poduszka błagała o wymienienie podeszwy, ale robiła to cicho, by nie nikogo nie zbudzić.
Tagi:
09. 3 część wypocinek :)
28.07.2011 o godz. 14:04
komentuj (1)


