Znalezione zdjęcia dla 06 drugi fragment wypocin:
Brak.
Znalezione filmy dla 06 drugi fragment wypocin:
Brak.
Moc maleńkiego kieliszka czystej przyjemności
- Halina, gdzie ten obiad do panny Anielki, a no i podaj piwo, kobieto.!
- Jeszcze nie ma, chłopie!
- Chcesz kielicha, czy znowu mam pić sam?
Dialog ten niemal zawsze płynął rzeką nienawiści wprost do uszów Marty. Siedziała z ksiązką przed oczyma na zbyt małej wersalce. Nie wiedziała, czy poddać się wciągającej lekturze, czy słuchać i bać się kolejnego trzasku pustej butelki. Wyblakły róż przybrudzonej ściany, nie uspokajał, chociaż z reguły powinien. Telewizor niewielkich rozmiarów, nadawał o kolejnych problemach parlamentu. Firanka z ekscentrycznymi wzorkami zasłaniała promienie słońca, które i tak raziły nastolatkę. Stół przyozdobiony zwiędniętymi różami. Były z dnia kobiet, ojciec przywiózł.
Do zapachu się można przyzwyczaić, do bełkotu też, nawet ta jego pięść nie byłaby tak mocna, jak nie wypiłby tej jednej całej flaszki…Rozmyślania młodej wrocławianki powitały chłodny wieczór. Z racji tego, że noc była ciężka, (i to nie z powodu wysokiej temperatury), poranek okazał się o stokroć trudniejszy. Pseudo „ozdoby” pod oczyma młodej damy, dorównały pulchnością, lukrowanemu pączkowi. Trudno. Należało mimo wszystko odejść. Nie zaglądała do pokoju rodziców. Bała się tej przerażającej ciszy. Wyszła. Skrzypiące drzwi nie zbudziły domowników, zaszczekał tylko liniejący, rudy pies, a właściwie suczka ..
Tornister bawił się w przeciążenie. Plecy nastolatki próbowały dzielnie pokonać niesforne wygłupy plecaka. Ilość książek pozostałaby zagadką dla humanistów, gdyż mają oni zapewne kłopoty z liczeniem.
Szła. Drogą polną, gnała chodnikiem, szczytem okazał się zaledwie szarawy budynek z wieloma oknami. Potocznie zwany szkołą. Oryginalnie miejsce, gdzie każdy „banknot” wymieniają na „drobne”. Tylko banknoty często nie wytrzymują rozmieniania i wychodzą z lokaty zapłakani.
Korytarz wypełniony był póki co, przez rozwścieczone blondynki, wyrośniętych gorylów, wymodelowanych paniczów bez karocy, no i tradycyjnie przez niewiasty w szkiełkach wraz ze stosem podręcznikowych mądrości.
Zabrzmiał dźwięk dzwonka. Hall opustoszał, klasy za to promieniały młodzieńczym blaskiem jaskrawych cieni.
Lekcja języka ojczystego wyróżniała się brakiem czynników, które mogłyby znamionować pozostałe zajęcia dydaktyczne. Przerwy brawurowo komponowały z brakiem wolnych miejsc na szkolnych ławkach. Impuls zawsze pozwalał Marcie na samotne spacery. Lubiła odosobnienie. Może nie gustowała w nim ponadprzeciętnie, ale na pewno się do niego przyzwyczaiła
Nie wiedziała, gdzie wolała być. W domu, zalanym oceanem herbacianego napoju z pianką? W szkole, w której zawsze próbowała schować się do najbardziej szczelnego pomieszczenia?
Tak, czy owak, musiała wrócić do domu.
Powitał ją balon w postaci owłosionego brzucha ojca i dywan uszyty z najnowszych torsji rodzicielki. Dziewczynę pocieszyła czysta ściereczka i miska chłodnej wody. Przez resztę wolnych chwil, niezwłocznie towarzyszył jej matematyczny zbiór zadań.
Wieczór spędziła z wielkim żalem do producentów „Pana Tadeusza”. Prawy sierpowy domowego olbrzyma przywitał się z lewym policzkiem nastolatki. Głos różnobarwnego kata rozzłościł marzenia o spokoju, szloch matki obudził ogromną nutę strachu, czuły, ojcowski gest w kierunku noża, namalował dreszcz na ciele Marty.
Po Kiku chwilach wymachiwania wyostrzonym sztućcem, światła zgasły, a ona została sama.
Nie płakała, utonęłaby w litrach słonych, a może gorzkich łez. Zresztą, to naprawdę kwestia przyzwyczajenia. Chyba, że kiedyś serce przytuli metalowe narzędzie, wówczas stan rutyny zaśnie, z tym, że na cmentarzu.
- Halina, gdzie ten obiad do panny Anielki, a no i podaj piwo, kobieto.!
- Jeszcze nie ma, chłopie!
- Chcesz kielicha, czy znowu mam pić sam?
Dialog ten niemal zawsze płynął rzeką nienawiści wprost do uszów Marty. Siedziała z ksiązką przed oczyma na zbyt małej wersalce. Nie wiedziała, czy poddać się wciągającej lekturze, czy słuchać i bać się kolejnego trzasku pustej butelki. Wyblakły róż przybrudzonej ściany, nie uspokajał, chociaż z reguły powinien. Telewizor niewielkich rozmiarów, nadawał o kolejnych problemach parlamentu. Firanka z ekscentrycznymi wzorkami zasłaniała promienie słońca, które i tak raziły nastolatkę. Stół przyozdobiony zwiędniętymi różami. Były z dnia kobiet, ojciec przywiózł.
Do zapachu się można przyzwyczaić, do bełkotu też, nawet ta jego pięść nie byłaby tak mocna, jak nie wypiłby tej jednej całej flaszki…Rozmyślania młodej wrocławianki powitały chłodny wieczór. Z racji tego, że noc była ciężka, (i to nie z powodu wysokiej temperatury), poranek okazał się o stokroć trudniejszy. Pseudo „ozdoby” pod oczyma młodej damy, dorównały pulchnością, lukrowanemu pączkowi. Trudno. Należało mimo wszystko odejść. Nie zaglądała do pokoju rodziców. Bała się tej przerażającej ciszy. Wyszła. Skrzypiące drzwi nie zbudziły domowników, zaszczekał tylko liniejący, rudy pies, a właściwie suczka ..
Tornister bawił się w przeciążenie. Plecy nastolatki próbowały dzielnie pokonać niesforne wygłupy plecaka. Ilość książek pozostałaby zagadką dla humanistów, gdyż mają oni zapewne kłopoty z liczeniem.
Szła. Drogą polną, gnała chodnikiem, szczytem okazał się zaledwie szarawy budynek z wieloma oknami. Potocznie zwany szkołą. Oryginalnie miejsce, gdzie każdy „banknot” wymieniają na „drobne”. Tylko banknoty często nie wytrzymują rozmieniania i wychodzą z lokaty zapłakani.
Korytarz wypełniony był póki co, przez rozwścieczone blondynki, wyrośniętych gorylów, wymodelowanych paniczów bez karocy, no i tradycyjnie przez niewiasty w szkiełkach wraz ze stosem podręcznikowych mądrości.
Zabrzmiał dźwięk dzwonka. Hall opustoszał, klasy za to promieniały młodzieńczym blaskiem jaskrawych cieni.
Lekcja języka ojczystego wyróżniała się brakiem czynników, które mogłyby znamionować pozostałe zajęcia dydaktyczne. Przerwy brawurowo komponowały z brakiem wolnych miejsc na szkolnych ławkach. Impuls zawsze pozwalał Marcie na samotne spacery. Lubiła odosobnienie. Może nie gustowała w nim ponadprzeciętnie, ale na pewno się do niego przyzwyczaiła
Nie wiedziała, gdzie wolała być. W domu, zalanym oceanem herbacianego napoju z pianką? W szkole, w której zawsze próbowała schować się do najbardziej szczelnego pomieszczenia?
Tak, czy owak, musiała wrócić do domu.
Powitał ją balon w postaci owłosionego brzucha ojca i dywan uszyty z najnowszych torsji rodzicielki. Dziewczynę pocieszyła czysta ściereczka i miska chłodnej wody. Przez resztę wolnych chwil, niezwłocznie towarzyszył jej matematyczny zbiór zadań.
Wieczór spędziła z wielkim żalem do producentów „Pana Tadeusza”. Prawy sierpowy domowego olbrzyma przywitał się z lewym policzkiem nastolatki. Głos różnobarwnego kata rozzłościł marzenia o spokoju, szloch matki obudził ogromną nutę strachu, czuły, ojcowski gest w kierunku noża, namalował dreszcz na ciele Marty.
Po Kiku chwilach wymachiwania wyostrzonym sztućcem, światła zgasły, a ona została sama.
Nie płakała, utonęłaby w litrach słonych, a może gorzkich łez. Zresztą, to naprawdę kwestia przyzwyczajenia. Chyba, że kiedyś serce przytuli metalowe narzędzie, wówczas stan rutyny zaśnie, z tym, że na cmentarzu.
25.07.2011 o godz. 21:57
komentuj (1)


